Czyli jak zabić tor, bo komuś przeszkadza rzeczywistość.
Zamknięcie Toru Poznań decyzją Głównego Inspektora Ochrony Środowiska to nie jest żaden „incydent administracyjny”. To książkowy przykład kapitulacji państwa wobec absurdu.
Absurdu, który dla niepoznaki nazwano „konfliktem sąsiedzkim w walce o środowisko”. W rzeczywistości mamy do czynienia z brutalnym zwycięstwem roszczeniowości nad zdrowym rozsądkiem.
Powiedzmy to wprost: toru nie zamknięto dlatego, że nagle odkryto szkodliwość hałasu. Zamknięto go dlatego, że komuś ten hałas zaczął przeszkadzać. Komuś, kto pojawił się tam później.
Bo to nie tor przyszedł do ludzi.
To ludzie przyszli do toru.
Rzeczywistość, która komuś przestała pasować
Tor działał od 1977 roku. Nie od wczoraj. Nie „przez przypadek”. Od dekad robi dokładnie to samo – generuje hałas, bo na tym polega sport motorowy.
I nagle – wielkie odkrycie – samochody wyścigowe nie szepczą, tylko głośno, pracują.
To tak, jakby wprowadzić się obok lotniska i protestować przeciwko startującym samolotom. Albo kupić mieszkanie nad klubem i żądać ciszy nocnej. Absurd? Oczywiście. A jednak – dokładnie to się wydarzyło.
Urzędnicza fikcja: „nie wiedzieliśmy”
Największym skandalem nie jest sama decyzja o zamknięciu toru. Skandalem jest to, że w ogóle dopuszczono do powstania takiego konfliktu.
Kto wydał pozwolenia na budowę domów mieszkalnych w sąsiedztwie toru?
Kto uznał, że to dobry pomysł?
Kto uwierzył w bajkę o „harmonijnym współistnieniu” domów i obiektu generującego permanentny hałas?
Odpowiedź jest brutalnie prosta: system.
System, który nie planuje – tylko stempluje.
System, który nie przewiduje – tylko reaguje.
System, który najpierw pozwala budować, a potem udaje zdziwionego, że pojawia się problem.
To nie jest wypadek przy pracy. To jest stały mechanizm wspierany przez bylejakość prawa i bezradność państwa – zarówno lokalnego, jak i centralnego.
Biznesowy model: kupić tanio, wyciszyć świat
Nie dajmy się zwieść narracji o „poszkodowanych mieszkańcach”.
Tu działa dobrze znany schemat:
- Kupujesz działkę taniej, bo w pobliżu jest „uciążliwe sąsiedztwo”, bo zapewne tego argumentu używali niektórzy podczas negocjacji ceny.
- Budujesz dom.
- Zaczynasz walczyć z tą uciążliwością.
- Eliminujesz ją – decyzją administracyjną.
Efekt? Wartość nieruchomości rośnie, a przy okazji znika coś, co funkcjonowało tam od dziesięcioleci.
To nie jest przypadek. To jest strategia.
I – co gorsza – strategia coraz częściej skuteczna.
Dyktatura nowych sąsiadów
Dziś zamykamy tor. Jutro zamkniemy wszystko:
- lotniska, bo hałasują,
- zakłady, bo „śmierdzą”,
- gospodarstwa rolne, bo ktoś odkrył, że wieś nie pachnie jak perfumeria.
Ten proces już trwa. „Nowi” przychodzą i zaczynają urządzać przestrzeń pod siebie, ignorując fakt, że ktoś był tam wcześniej.
To nie jest rozwój.
To jest arogancka kolonizacja przestrzeni przez coraz bardziej roszczeniowe pokolenia.
Państwo bez kręgosłupa
Najbardziej kompromitujące jest to, że państwo nie tylko na to pozwala – ono to legitymizuje.
Zamiast powiedzieć jasno: „Budowałeś się przy torze? To twój problem”.
Mówi: „Rozumiemy. Wyślemy inspektora. Zamkniemy tor”.
To jest całkowite odwrócenie logiki.
Prawo przestaje chronić porządek.
Zaczyna nagradzać tych, którzy najgłośniej krzyczą.
Więcej chaosu, mniej bezpieczeństwa
Zamknięcie toru nie sprawi, że ludzie przestaną jeździć szybko.
Sprawi tylko, że będą robić to, gdzie indziej:
- na drogach,
- w miastach,
- nocą.
Bez kontroli. Bez zabezpieczeń. Bez infrastruktury.
Państwo jedną ręką mówi o bezpieczeństwie, a drugą likwiduje miejsca, gdzie to bezpieczeństwo można budować.
To nie jest hipokryzja.
To jest sabotaż zdrowego rozsądku.
Pożegnanie z przyszłością
Bez takich miejsc jak Tor Poznań nie będzie kolejnych kierowców wyścigowych i rajdowych na miarę Roberta Kubicy czy Krzysztofa Hołowczyca.
Talent potrzebuje profesjonalnie przygotowanego miejsca, by móc ćwiczyć i doskonalić swoje umiejętności. I tu pojawia się zaskoczenie – nie budujemy nowych torów, bo „są drogie”, a jednocześnie zamykamy te, które jeszcze funkcjonują.
W efekcie infrastruktura przegrywa z czyimś komfortem akustycznym.
Puenta: kraj, w którym wszystko przeszkadza
To już nie jest historia o torze. To historia o państwie, które przestaje panować nad własną przestrzenią.
Bo jeśli dziś wystarczy się wprowadzić, zaprotestować i wymusić zmianę rzeczywistości pod siebie, to jutro nie będzie żadnych zasad. Nie będzie trwałości. Nie będzie pewności prawa.
Będzie za to licytacja – kto głośniejszy, ten skuteczniejszy.
Dziś zamykamy Tor Poznań.
Jutro zamkniemy coś innego.
Pojutrze – wszystko, co komukolwiek zacznie przeszkadzać.
W takim świecie nie da się budować niczego poważnego. Inwestycje tracą sens, bo ich przyszłość zależy nie od prawa, lecz od humoru sąsiada za płotem.
To moment, w którym państwo przestaje być arbitrem, a staje się zakładnikiem.
A przestrzeń wspólna?
Zamienia się w pole walki.
Na końcu tej drogi nie ma ani ładu, ani rozwoju, ani bezpieczeństwa. Jest chaos, w którym każdy próbuje „wyciszyć” każdego.
I wtedy okazuje się, że to nie hałas był problemem.
Problemem była bezradność państwa wobec tych, którzy nauczyli się na nim grać.
Bo jeśli prawo od ponad 30 lat pisze się „na kolanie”, często pod dyktando różnych interesów i lobbystów, to nie dziwmy się, że sprytniejsi nauczyli się je wykorzystywać. Gorzej, że robią to kosztem całego społeczeństwa.
Nie jest normalne państwo, w którym cwaniak z dobrym prawnikiem potrafi zatrzymać inwestycję, zamknąć obiekt albo sparaliżować działalność tylko dlatego, że znalazł lukę w przepisach.
Nie jest normalne państwo, w którym urzędnik dla „świętego spokoju” wybiera najprostsze wyjście – nawet jeśli jest ono szkodliwe dla wszystkich wokół.
To jest system, który premiuje spryt zamiast odpowiedzialności.
Czas skończyć z tą patologią. Z cwaniactwem. Z wykorzystywaniem prawa do załatwiania prywatnych interesów kosztem wspólnego dobra.
Państwo – poprzez swoich urzędników – powinno w takich sytuacjach stać twardo po stronie ładu, rozsądku i interesu publicznego. Powinno reagować zdecydowanie i rozwiązywać konflikty, zanim urosną do rangi absurdów tej skali.
Przykład Toru Poznań pokazuje coś jeszcze bardziej niepokojącego: że u nas często nie ma ani państwa z kręgosłupem, ani samorządu zdolnego do podjęcia trudnej decyzji.
Jest za to strach przed odpowiedzialnością, zasłanianie się przepisami i wygodne uleganie presji.
A jeśli tego nie zmienimy, to nie będziemy już krajem, który coś buduje.
Będziemy krajem, który wszystko po kolei zamyka.
Tomasz Błeszyński doradca rynku nieruchomości
Biznes - Nieruchomości - Gospodarka 16.04.2026
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


